Jak założyć kooperatywę. Albo – po co ją w ogóle zakładać?

Jak założyć kooperatywę. Albo – po co ją w ogóle zakładać?

Jak założyć kooperatywę. Albo – po co ją w ogóle zakładać?

Założenie kooperatywy jest prostsze niż myślisz. Zwłaszcza teraz, gdy coraz więcej osób wie, o co w tym chodzi i szuka dobrego jedzenia. Znalezienie grupy ludzi zainteresowanych zdrowymi i niedrogimi produktami nie jest problemem.

Ale od początku. Po co zakładać własną kooperatywę? Powodów jest kilka:

  • w Twojej okolicy nie ma żadnej, a chcesz mieć dostęp do zdrowej żywności w normalnej cenie;
  • możesz w ten sposób wesprzeć okolicznych rolników;
  • ceny w sklepach „eko” lub na stoiskach „eko” trudno nazwać korzystnymi;
  • okoliczna kooperatywa nie przyjmuje nowych członków (zdarza się i tak);
  • Twoja kooperatywa jest duża (nie każdy jest fanem odbiorów na 300 osób);
  • masz po prostu ochotę na zdrowe jedzenie :).
Czego potrzebujesz?

Co zatem musisz mieć, by móc założyć kooperatywę? Potrzebujesz czterech elementów: czasu, chęci, ludzi i dostawców. Bez czasu nie ogarniesz tego wszystkiego. Bez chęci generalnie nie da się ruszyć tematu ;). Ludzie nie tylko Ci pomogą w organizacji, ale przy okazji z nimi będzie się dało zamawiać więcej produktów w lepszych cenach. A bez chętnych do współpracy dostawców kooperatywa za daleko też nie zajedzie ;). Najlepiej jest, gdy wszystkie cztery elementy się zgadzają. Wtedy zaczyna się dopiero dziać.

Czemu warto założyć nową kooperatywę?

  • uzyskujesz dostęp do zdrowej żywności w niskich cenach;
  • wspierasz lokalnych producentów żywności;
  • poznajesz świetnych ludzi i poszerzasz swoją sieć kontaktów (bardzo, bardzo ważne!);
  • nabierasz doświadczenia – nie tylko w zarządzaniu zespołem;
  • możesz z ludźmi z kooperatywy robić o wiele więcej, niż tylko zamawiać jedzenie.

I przede wszystkim – masz frajdę z robienia czegoś fajnego!

Jak zacząć?

W sumie to nic trudnego. Rzucasz hasło wśród swoich znajomych, że chcesz założyć kooperatywę spożywczą. Mówisz im, o co w tym wszystkim chodzi, możesz wrzucić link do artykułu, w którym ktoś wyjaśnia sam pomysł (polecamy się 🙂. Jeśli jest odzew (ludzie bardzo dobrze reagują na połączenie słów „eko”, „niedrogo” i „lokalnie”), to ustalacie co chcecie zamawiać. Same warzywa, jakieś kasze, jajka…? Macie spory wybór. Nie musi być Was wielu. W praktyce wystarczy, jeśli kilkanaście osób (im więcej, tym lepiej) będzie gotowych zamawiać co tydzień produkty za kilkadziesiąt złotych. Do tego Google Docs, grupa na Facebooku, sprawna drukarka i w sumie… pozostaje działać.

Łatwo znajdziecie producentów żywności w okolicy, zwłaszcza razem. Nie wszyscy będą zainteresowani, ale najlepiej jeśli zaczniecie od tych najbliższych. W sumie łatwiej kogoś przekonać gdy nie musi jechać daleko. Listę wytwórców eko znajdziesz tu. Są jeszcze ci „nie-eko”, ale prowadzący uprawy tradycyjne. Znajdziesz ich na targach lub… w internecie ;). A może ktoś z Twoich znajomych jest w kooperatywie? Może słyszeli o jakichś dobrych dostawcach w okolicy? Właśnie taki marketing szeptany najlepiej działa. Dodatkowo możecie się umówić z takim dostawcą „przy okazji” – gdy przyjeżdża na jakiś targ lub bazar (przeczytajcie też o tym, co trzeba zrobić, gdy kooperatywa przychodzi do dostawcy). W sumie to możecie organizować odbiory w „dni targowe” ;).

Czas? Co z nim?

Pozostaje najważniejsze, przynajmniej dla Ciebie – czas. Trudno go czasem znaleźć, zwłaszcza pracując. Jednak dopóki kooperatywa będzie grupą przyjaciół i bliskich znajomych, a dostawców nie będzie zbyt wielu (trzech często zaspokaja większość potrzeb żywieniowych), to znalezienie dwóch-trzech godzin na zebranie całego zamówienia i domówienie go z dostawcą nie powinno być dużym kłopotem. W końcu wszyscy mają co robić w ciągu dnia, ale na maile można odpowiedzieć wieczorem. Umawiacie się na przykład, że w dniu dostawy każdy przynosi odliczoną kwotę (i przede wszystkim – przychodzi), wszystko jest OK, nic nie trzeba przelewać, pozostaje tylko pilnować tabelek i tak dalej. W razie czego dobrze mieć nieco więcej pieniędzy przy sobie, bo to się okaże, że ktoś miał kłopoty z zebraniem się z domu (bo dziecko nie dawało się uspokoić, bo kot uciekł, bo rura pękła, bo samochód padł…), a jego zamówienie jest nieopłacone. Przyjedzie, ale później. Zdarza się, nikt tego nie planuje. A nie wypada brać na kreskę.

Po co kooperatywie pieniądze… a, właśnie…

Jeśli uznacie wspólnie, że warto się przed takimi sytuacjami jakoś zabezpieczyć, to może warto pomyśleć o jakiejś składce członkowskiej. Może to być jednorazowa wpłata, dzięki której będzie istniał taki „fundusz operacyjny” na wypadek, gdy komuś coś się przydarzy. To taka opcja „minimum”, która może się sprawdzić przy kilkunastu członkach kooperatywy. Jeśli zrobi się Was więcej, mogą pojawić się kłopoty lokalowe.

No właśnie. Musicie zadecydować, co robić zimą, gdy pada na dworze lub po prostu jest paskudnie. To niby drobna sprawa, bo większość ludzi w kooperatywie przyjeżdża na odbiór, przybija piątkę ze wszystkimi i obiera co trzeba. Zamienią kilka słów ze znajomymi, czasem pogadają chwilę dłużej, ale mało kto jest w punkcie odbioru długo. Ale pamiętaj, że najwięcej czasu w punkcie odbioru spędzają dostawca (lub dostawcy) i osoby koordynujące. Teraz pomyśl, czy fajnie jest stać dwie godziny (albo i więcej, bo trzeba przyjechać, rozłożyć się, postać, a potem posprzątać i zebrać się) na jakimś parkingu albo pod wiaduktem przy -10 stopniach. Albo w deszczu. Albo wietrze, deszczu i temperaturze bliskiej zeru. No właśnie, niezbyt fajnie.

Wjazd na chatę?

Owszem, możecie kombinować z odbiorami w czyimś domu, ale… ile osób ma garaż, który pomieści towary, dostawców i odbiorców? Początkowo, dla kilkunastu osób, to może dać radę, nie mówię, że nie. Jednak gdy dojdziecie do „masy krytycznej” (na przykład 25 zamiast 20 członków), to może się okazać, że nie ma ani jak, ani gdzie zorganizować dostawy gdy na zewnątrz pada, wieje lub mrozi. W sumie też nie wypada wciąż prosić znajomej dyrektorki o to, żeby udostępniała wieczorami grupie ludzi szkolny korytarz. Zwłaszcza za darmo.

Możecie zacząć współpracować z jakąś organizacją promującą aktywność lokalną (jak na przykład zrobiła to Kooperatywa Grochowska lub białostocka Współpracownia), ale też głupio tak za „dziękuję” ładować się komuś do budynku, zadeptywać podłogi i zasypywać je piaskiem ze skrzynek. Niby po dostawie ktoś z Was to posprząta, ale… no właśnie: ale. Jeśli się dogadacie między sobą, to być może z symbolicznych składek członkowskich (5 złotych miesięcznie?) będziecie w stanie wygospodarować środki na opłatę za wynajęcie jakiegoś pomieszczenia lub korytarza na kilka godzin miesięcznie.

Niby drobna rzecz, ale wszystkim będzie łatwiej. Generalnie wraz ze wzrostem ilości członków sprawy z jednej strony się komplikują (trudniej to dopiąć jednej osobie), a z drugiej – prostują. Duże kooperatywy często stają się po prostu wspólnie zarządzanymi spółdzielniami. Płacą podatki, mają działalność gospodarczą, są w nich ludzie „na pełen etat” zaangażowani w pracę kooperatywy. Nawet jeśli pozostają (dużą) grupą znajomych, to okazuje się, że rąk do pracy ani chęci nie brakuje.

Więc może by tak… pokooperować?

 

Komentarze