Po warzywa na targ? A może lepiej nie?

Po warzywa na targ? A może lepiej nie?

Po warzywa na targ? A może lepiej nie?

Możesz spytać – po co mi kooperatywa, skoro jest targ? Znajdziesz tam warzywa, owoce, jakieś przetwory i tak dalej. To samo, co w kooperatywie. Ale czy na pewno TAK samo? No niestety, ale nie. I raczej też nie „eko”.

Wyobraź sobie – wchodzisz na targ. Wszędzie warzywa i owoce. Pachnie miło, bo zapach bywa intensywny. Ludzie za stołami lub ladami w miarę uśmiechnięci, niektórzy mają zeszyty, niektórzy kasy fiskalne. Wszystko wygląda normalnie.

Są swetry, są kraciaste koszule, czasem błyśnie kaszkiet lub kapelusz. Jednym słowem – swojsko. Ale niech Cię nie zmyli ta „swojskość”. Kupując na targu rzadko kiedy kupujesz od producentów. I niewiele częściej możesz trafić na żywność wolną od niepotrzebnych dodatków chemicznych. Niestety, ale tak jest.

 

Niekoniecznie od producenta

Gdy trafisz na targ warzywny lub spotykasz człowieka sprzedającego warzywa z samochodu, możesz pomyśleć „o, ładne warzywa, pewnie lepsze niż ze sklepu”. I masz pewnie sporo racji. Ale nie zakładaj, że sprzedaje je ten sam człowiek, który je zasadził. W większości stykasz się z klasycznymi sprzedawcami.

Nie ma w tym nic złego – skądże! Mają oni najczęściej nieco tańsze warzywa niż w warzywniakach stacjonarnych. Do tego jeśli sprzedawca Cię kojarzy, to dzieli się czasem spostrzeżeniami typu „e, dzisiaj niezbyt apetyczne te marchewki” albo „te grzyby wyglądają, jakby były robaczywe”. Czasem coś dorzucą, czasem pod koniec dnia wręcz wyprzedają swoje produkty.

Pozwala im to zmniejszyć koszty przechowywania (zwłaszcza latem – większość warzyw i owoców lubi niższą temperaturę) i transportu. Bo następnego dnia muszą odebrać kolejną partię z giełdy warzywnej.

Tak, z giełdy warzywnej. Może to warszawskie Bronisze, może katowickie Obroki, może poznańska WGRO. Jedno jest pewne – te warzywa są sprzedawane hurtowo, raczej nie są eko i prawie na pewno nie wystawił ich na giełdzie producent. To fakt.

Inną sprawą jest to, że warzywa, które się nie sprzedadzą do (powiedzmy) 7.40, często trafiają w ręce handlujących produktami nieco niższej kategorii. A oni odsprzedają je supermarketom. Głupio to stwierdzić, ale niemal nic się nie zmarnuje.

Nie jest jakoś super, ale na pewno lepiej niż w supermarkecie

Jednak popatrzmy na to nieco bardziej optymistycznie. Na giełdę przyjeżdża człowiek prowadzący stragan. Wybiera warzywa i owoce, które budzą jego zaufanie. Najczęściej od dostawców, którzy je zdobyli. Bo o zaufanie w tym wszystkim chodzi. Jeśli jego klienci wracają, to najczęściej oznacza, że kupuje od dobrego dystrybutora.

Z resztą – plotki o kiepskiej jakości hurtownikach rozchodzą się po giełdach lotem błyskawicy. Więc sprzedawca uwija się z zakupami, pakuje co trzeba do samochodu i jedzie na swój stragan.

Popatrz na to… praktycznie: warzywa, które widzimy na straganie lub pace samochodu „ocenzurował” już sprzedawca (nie stać go na utratę klientów) i jego koledzy z giełdy (oni też nie chcą stracić klientów i dzielą się informacjami o nieuczciwych hurtownikach). No i sami klienci. Jeśli widujesz przy straganie te same osoby, a gdy wracasz z pracy stoją już same puste skrzynki – to o lepszą reklamę trudno. To samo dotyczy targowisk.

No ale gdzie się podziały tamte targowiska?

Niestety (albo – stety) czasy, gdy bazarki i targi przyciągały okolicznych producentów powoli odchodzą w przeszłość. Zostało wprawdzie kilka „legendarnych miejsc” (jak na przykład bazar w warszawskiej Falenicy czy ten przy placu Szembeka), ale większość z nich przejęli od producentów sprzedawcy.

Jednak tradycja kupowania od rolników powraca. Od kilku lat widać, że ludziom coraz bardziej zależy na dobrej jakości jedzeniu i w dużych miastach pojawiają się organizowane oddolnie biobazary (ludzie różnie je nazywają, niech będzie, że biobazary). Przyjeżdżają tam sami rolnicy. Możesz z nimi porozmawiać, podpytać, dowiedzieć się „co, jak i dlaczego”. I po prostu wesprzeć (czyli – kupić od nich bezpośrednio). W takich miejscach łatwiej o warzywa eko lub po prostu niepryskane.

Takie biobazary pojawiają się (czasem w soboty, niekiedy częściej) w większości (o ile nie we wszystkich) większych miast w Polsce. Kraków, Katowice, Gdańsk, Poznań, Warszawa… lista jest długa.

Mają one przewagę nad „stoiskami z warzywami”: nie ma po drodze pośredników, dzięki czemu produkty są zazwyczaj tańsze, a do tego można poznać drugiego człowieka. To trochę jak w kooperatywie ;). Do tego znajdziesz tam wolne od chemii jedzenie, czasem bez certyfikatu, ale wiesz, że ręczy za nie producent, a nie jeden z pośredników. Jeszcze jedną zaletą takich zakupów jest szansa na „wyhaczenie” dobrego dostawcy. Do kooperatywy. Myślisz, że skąd się wzięła większość osób, które dostarczają zamówienia w koopach?

Nie jest to takie oczywiste…

Jasne – na ryneczku czy bazarku możecie spotkać producenta sprzedawanych towarów. Jednak zazwyczaj po drugiej stronie „lady” będzie uśmiechał się do Ciebie (lub nie) człowiek, który raczej nie uprawiał nic w życiu. Jeśli nie wierzysz, to zagadnij czasem do kogoś stojącego w warzywniaku lub na straganie. Serio – zdziwisz się.

No i najczęściej w takich miejscach są warzywa z upraw wielkoobszarowych. Ze świecą szukać produktów niepryskanych. Owszem, zazwyczaj wszystko pochodzi z polskich upraw, jest ładne i tak dalej, ale jest tylko trochę zdrowsze od warzyw z supermarketu. Jeśli szukasz zdrowej żywności na targu, to możesz się niestety zawieść.

Możesz nie znaleźć żadnego rolnika prowadzącego uprawy tradycyjne, ale za to trafić do sklepu lub straganu eko. Będzie w nim drogo, ale taniej niż w galerii handlowej (jeśli to jakaś pociecha). Owszem – są wspomniane biobazary, ale nie zawsze są one najtańsze (rolnicy i producenci muszą amortyzować ryzyko, że nie sprzedadzą wystarczająco dużo towarów by zwrócił im się koszt wynajęcia miejsca i logistyki). Jest taniej niż w sklepie ekologicznym, ale wciąż dosyć drogo.

Jednak gdy taki dostawca współpracuje z kooperatywą jest w o wiele lepszej sytuacji. Ma stałych odbiorców, nie musi płacić opłat targowych, czynszu, itp. Po prostu przywozi co trzeba, tam gdzie trzeba i kiedy trzeba. No i za ile trzeba, ale to kwestia do dogadania.

 

Komentarze